Najbardziej denerwująca rada świata

Stres a uroda

Kiedyś napisałam artykuł o tym jak stres wpływa na nasz wygląd. Generalnie wszyscy wiemy, że źle. Postarza, niszczy nasze ciało od wewnątrz i od zewnątrz. Włosy siwieją, skóra staje się szara, mało elastyczna, pojawiają się zmarszczki. Dodatkowo zaczynamy źle się czuć, chorujemy. Złe samopoczucie odbiera nam chęć do życia, do zajmowania się sobą. W stanie stresu często „zapuszczamy się”. Ludzie w głębokim długotrwałym stresie często przestają o siebie dbać. Nie zajmują się nie tylko swoim wyglądem zewnętrznym, ale również zaniedbują swoje wnętrze, często na tapetę wchodzą wszelkiego rodzaju używki. Alkohol, papierosy, leki uspokajające.

Stres vs wygląd

To wszystko sprawia, że nagle w ciągu kilku miesięcy potrafimy się zestarzeć o kilka lat. Najgorzej, że jak człowiek taki zestresowany, spojrzy w lustro i zobaczy szarą, smutną i starą twarz, to wcale mu to nie pomaga. Gorzej, z reguły wygląd staje się kolejnym źródłem stresu. Bo nagle okazało się, że przytyliśmy, bo zajadamy stres. Albo nadmiernie schudliśmy i wszystko zaczyna na nas smętnie wisieć włącznie z naszą skórą.

W takim stanie najgorszą radą jaką możemy usłyszeć to: „Przestań się stresować”, „Uspokój się”, „Zrelaksuj się”. Mój ostatni artykuł o stresie zawierał właśnie tego typu porady, za co wszystkich mocno zestresowanych przepraszam. Nic dziwnego, że po tym wpisie pojawiły się komentarze, że ja to chyba nie mam żadnych stresów, bo takie banalne rady daję. Wiem doskonale jak takie gadanie może człowieka zestresowanego wkurzyć. Mnie samą coś takiego denerwowało. No bo jak mam się przestać stresować, kiedy źródło problemu nie znika. Jest, siedzi zaraz obok, szczerzy zęby i kłuje żelaznym szpikulcem w bok nie dając pięciu minut spokoju.

Czy można wyjść ze stresu?

A jednak…..

W dłuższej perspektywie czasu okazało się, że wpieniająca rada „Przestań się stresować”, okazała się jedyną słuszną. Dojście do tego wniosku zajęło mi sporo czasu i dużo pracy na sobą. W końcu zrozumiałam, że jak mam z tego stresu wyjść, kiedy się stresuję, nic mi się nie che. Przecież jak nie zajmuję się sobą, to nic się nigdy nie zmieni. Będę tkwić w tym samym przykrym miejscu, które jest dla mnie źródłem frustracji, złości, niszczy mnie i odbiera wszelką radość. Nic tylko siąść i płakać.

No i kiedyś tak właśnie robiłam, siadałam i płakałam. Aż pewnego razu poczułam, że albo coś zmienię, albo koniec ze mną. Pamiętam że swojego czasu wzięłam do ręki poleconą mi wtedy książkę, której tytułu nie jestem w stanie teraz sobie przypomnieć. Coś tam było o zmianie właśnie. Doszłam w końcu do rozdziału, gdzie miała być recepta na to jak coś zmienić. No i czytam tam, że żeby coś zmienić to trzeba się „zmusić”. Tak dokładnie było napisane. Wtedy pomyślałam, że to niebotycznie głupie i autor powinien się zmusić i włożyć sobie tą poradę tam gdzie światło dzienne nie dochodzi. Co za rozczarowanie!

Ale później przyszła chwila refleksji. Stwierdziłam, że w zasadzie to już i tak nie mam wiele do stracenia. I OK, ZMUSZĘ SIĘ. Jak pomyślałam tak zrobiłam. Zaczęłam od tego co mogłam zrobić od razu. Czyli zająć się swoim osłabionym i chorym ciałem. Ułożyłam sobie swoje rytuały, które łagodzą stres i codziennie zmuszałam się do ich wykonania. Znalazłam sposoby, żeby poczuć się lepiej w mojej skórze i zmuszałam się, żeby te sposoby wykorzystywać. Proszę mi wierzyć, nie chciało mi się jak diabli! Ale zmusiłam się.

Uzdrawiające rytuały

I co się wtedy stało? Lepiej się poczułam, na tyle lepiej, że mogłam poszukać pomocy, zastanowić się nad sobą, nad swoją sytuacją. Znalazłam pomoc i pozwoliłam sobie na zaufanie, uwolniłam się od przykrych ludzi i sytuacji. Było dużo lepiej.  Zaczęłam od ciała, a skończyłam na duszy. To było odrodzenie!

A dziś? Czy to oznacza, że dziś nie mam stresów? Że wszystkie moje problemy znikły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki? Nie. I czasem też zapominam, żeby się zmuszać. I wpadam w marazm. Ale teraz już łatwiej mi z niego wyjść, bo rytuały ze mną pozostały, teraz pełnią rolę takiego buforu, który przygotowuje mnie do tego, żeby stawić czoło temu co mnie gniecie. A więc, kończąc dzisiejszy artykuł. Nie wiem jak ty Drogi Czytelniku, ale ja idę się zmuszać! I oficjalnie odmawiam bycia w stresie!

Komentarze

  1. Agnieszka pisze:

    Poraz kolejny dzięki Krysiu za zimne jak poranny lód sałowa :-) Tak trzeba się zmusić, tupnąć, nawet stłuc słoik, walnąć brudną patelnią… ja tak zrobiłam. Zaczęłam się zmuszać. Nie jest łatwo – wiem. Siedzi w nas taki zły podpowiadacz…. spoko, zaczniesz jutro…jutro to znaczy nigdy. Zacznijmy już dziś :-) Zmuśmy się do pracy nas swoim samopoczuciem. Oczyśćmy złe myśli, odrzucajmy je jak najdalej. Zanurzmy się w dobrej książce, pospacerujmy, zróbmy 150 brzuchów, nauczmy się opowiadać jakiś dobry kawał i przytulmy kochaną osobę :-)myślę, że zadziała :-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>